Dom bez chemii
Dłoń trzymająca tubkę kremu i czytająca listę składników na odwrocie opakowania

Jak czytam skład kosmetyku, kiedy nie jestem chemikiem

O mnie trzeba wiedzieć jedno: nie jestem kosmetologiem. Skład na odwrocie kremu przez lata był dla mnie ścianą łacińskich nazw i cyferek. Zmieniło się to, kiedy córka zaczęła reagować na część kosmetyków i musiałam szybko nauczyć się, co w nich jest. Nie zrobiłam z tego nauki ścisłej. Mam trzy proste zasady i dwa miejsca, w których sprawdzam resztę.

Kolejność ma znaczenie

Lista składników na kosmetyku w Unii nie jest przypadkowa. Wymaga tego unijne rozporządzenie 1223/2009 o produktach kosmetycznych: składniki podaje się w kolejności malejącej według masy w chwili dodania do produktu. Czyli pierwsze trzy, cztery pozycje to zwykle większość tego, co nakładasz na skórę.

Jest jeden haczyk. Składniki poniżej 1% mogą stać na końcu w dowolnej kolejności. Dlatego "z ekstraktem z aloesu" na froncie opakowania, kiedy aloes jest przedostatni, znaczy zwykle tyle, że jest go bardzo mało.

Moje trzy szybkie sprawdzenia

  1. Co jest na pierwszym miejscu. W kremie to prawie zawsze Aqua (woda). Jeśli w balsamie "z masłem shea" Butyrospermum Parkii Butter jest dopiero na dziesiątej pozycji, odkładam.
  2. Parfum. Kompozycja zapachowa to jedno słowo na etykiecie, a w środku może być kilkadziesiąt substancji. Przy wrażliwej skórze córki wybieram wersje bez zapachu.
  3. Nazwy z końca listy typu Limonene, Linalool, Citronellol. To alergeny zapachowe, które producent musi wypisać osobno, kiedy przekroczą określone stężenie (w kosmetykach niespłukiwanych 0,001%, w spłukiwanych 0,01%). Samo ich pojawienie się nie oznacza, że produkt jest zły. U nas akurat Linalool wywołuje zaczerwienienie, więc szukam go wzrokiem jako pierwszego.
Słowa "naturalny", "eko" czy "bio" na froncie opakowania nie mówią nic o składzie. Liczy się lista INCI na odwrocie.

Gdzie sprawdzam nazwy, których nie znam

Pierwsze miejsce to baza CosIng Komisji Europejskiej. Wpisuję nazwę INCI i dostaję funkcję składnika (emolient, konserwant, substancja zapachowa) oraz informację, czy są dla niego ograniczenia w załącznikach rozporządzenia. Interfejs jest urzędowy i po angielsku, ale do tego jednego pytania "po co to tu jest" wystarcza.

Drugie to strona Głównego Inspektoratu Sanitarnego o kosmetykach. GIS nadzoruje rynek kosmetyków w Polsce i tam trafiają komunikaty o produktach wycofanych albo niebezpiecznych. Zaglądam raz na jakiś czas, a zawsze, zanim kupię coś z nieznanego sklepu internetowego.

Czego nie robię

Nie korzystam z aplikacji, które kolorują składniki na czerwono i zielono. Próbowałam dwóch. Jedna oznaczyła jako "szkodliwy" składnik, który w innej był "bezpieczny", bez żadnego źródła. Jeśli coś mnie niepokoi, a skóra dziecka reaguje, idę do dermatologa, a nie do aplikacji.

Czytanie składu zajmuje mi teraz około 30 sekund przy półce. Na początku zajmowało pięć minut i telefon w ręku. Da się tego nauczyć bez kursu chemii, wystarczy kilka tygodni uważnego patrzenia na etykiety.

Źródła

Marta

Marta

Prowadzi bloga Dom bez chemii od dwóch lat. Więcej o mnie.